Szedłem przez gęsty las. Miałem już dosyć tego co się działo na wschodzie. Ciągle zgrzyt maszyn oraz woń straszliwych oparów, które drażniły mój nos. Na dodatek las stale się kurczył przeganiając zwierzynę. Co innego mi pozostało? Więc ruszyłem przed siebie wdychając zapachy rozsiewane przez wiatr. Mmm... pyszne sarny hasające niecały kilometr stąd. Od razu ślina napłynęła mi do pyska, a żołądek dało o sobie znać. Ile to już dni idę bez jedzenia? Pewnie dość długo. Dlatego wabiony zapachem ruszyłem w stronę swojej przyszłej ofiary.
Gdy tylko moim oczom ukazały się piękne i dostojne stado zacząłem obserwować. Mijały minuty, a mój żołądek zaczął oddawać dziwne dźwięki. Westchnąłem w duchu i ruszyłem na młodą sarnę, która w pędzie poślizgnęła się na mokrej trawie. Dzięki czemu skoczyłem, zatapiając kły w jej szyi. Zwierze wprawdzie jeszcze wierzgało, ale ja trzymałem mocno wsłuchując się w coraz słabsze bicie jego serca. Kiedy ofiara bezwładnie runęła, zabrałem się za ucztę po wielu dniach wędrówki;
mięso było soczyste, wręcz boskie. Z uwielbieniem je chłonąłem, aż napełniłem cały żołądek. Po skończonym posiłku zacząłem wsłuchiwać się w otoczenie. Od razu doszedł mnie cichy szum sygnalizujący coś okropnego. Ruszyłem za źródłem dźwięku i po niecałej godzinie moim oczom ukazała się rzeka. Długa, pełna wody...
Powoli podszedłem do brzegu zatapiając w niej wyschnięty język. Kiedy wszystkie potrzeby zostały zaspokojone ułożyłem się pod drzewem z ulgą. Wreszcie mogłem odpocząć...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz