niedziela, 2 listopada 2014

Małe komplikacje

Już sam tytuł wskazuje, że post będzie niezbyt pozytywny, ale do rzeczy.
Zauważyliście pewnie, że od dobrego tygodnia w watasze jest całkowity zastój. Ja nie piszę opowiadań, nie dodaję. Dlaczego?
Mam okropny zawrót głowy. Piętrzy mi się ilość materiału w szkole, dodatkowo doszedł mi obowiązkowy projekt drugoklasisty, którego termin prezentacji wypada pod koniec listopada. Muszę się sprężyć i z nauką i z projektem, dodatkowo mój czas na komputer został ograniczony do pół godziny dziennie. Po prostu już nie wyrabiam... Mam kilka innych blogów, a ten niewielki czas chcę poświęcić na mój własny blog, gdzie obecnie piszę historię, która ma już przeszło 20 rozdziałów. W każdym razie muszę Was ogromnie za to przeprosić, że wataha stanie się o wiele mniej aktywna. Umówmy się, że będę pisać opowiadania i dodawać wilki w weekendy, zgoda?
Przepraszam jeszcze raz bardzo mocno, ale takie życie gimbusa. ;____;
O zmianach będę Was informować na bieżąco. Jeśli macie jakieś zastrzeżenia lub pytania, piszcie w komentarzach.

Pozdrawiam
Administratorka bloga i samica alfa - Anuritti

wtorek, 28 października 2014

Nowa samica!



Calisja - pomocniczka medyka

od Reeve'a cd Ignis

Przyznaję, chciałem dać wilczycy fory, jednak okazała się godną przeciwniczką. Biegła, jakby próbując prześcignąć wiatr, który o tej porze właściwie ucichł. Ledwo za nią nadążałem, mimo tego, że wszelką zgromadzoną w sobie siłę przelałem w mięśnie, by łapy mocniej odpychały się od podłoża, co spowodowałoby przyspieszenie tempa, jednak ciemnoszara smuga będąca Ignis nadal pozostawała w pewnej odległości przede mną. Nie było więc nic dziwnego w tym, że pierwsza dobiegła na metę. Była zmęczona, ale widać było, że zwycięstwo ją satysfakcjonowało. Spontaniczną decyzją postanowiłem, że poudaję obrażonego, jednak w głębi siebie byłem szczęśliwy z jej zwycięstwa. Dlatego więc gdy wspomniała o nagrodzie, od razu zapomniałem o postanowieniu. I chyba dobrze, gdyż to na mnie spadło wymyślenie jej.
 - Hm... - mruknąłem, rozglądając się dookoła. Nocą las był zupełnie inny niż za dnia. Między liśćmi przemykały promienie księżyca niczym przepiękne, srebrzyste nici wskazujące drogę. Tylko promienie jako nagroda chyba się nie nadają.
Spojrzałem na Ignis. Stała blisko linii brzegu wody, wpatrując się we mnie z wyczekiwaniem. Wtedy wpadłem na pewien pomysł.
 - Więc nagrodą będzie... - zacząłem, starając się nic nie zdradzić.
 - Co? - powiedziała zniecierpliwiona, drżąc, jakby była wulkanem starającym się nie wybuchnąć emocjami. Uśmiechnąłem się.
 - To . - skoczyłem w jej stronę, popychając ją. Oboje wpadliśmy do wody. Zaśmiałem się. Po chwili Ignis mi zawtórowała.
 - Nie tego się spodziewałam. - powiedziała, dla zabawy chlapiąc mnie wodą. Odwdzięczyłem jej się.
Zaczęliśmy bawić się w wodzie jak szczenięta. Ona próbowała mnie chlapać, ja uciekałem, a gdy jej się udało, zamienialiśmy się rolami. W końcu, za którymś razem gdy uciekłem w głąb jeziora, już nie idąc, a płynąć, wilczyca zaniechała pościgu.
 - Dobra, wygrałeś! - krzyknęła i wyszła z wody. Również na wpół podpłynąłem, na wpół podszedłem do brzegu i otrzepałem się niczym pies, ochlapując przy okazji wilczycę.
 - Wygraliśmy oboje. - spojrzałem na nią, uśmiechając się od ucha do ucha. - Ale nagrodę sobie darujmy.
Zaśmialiśmy się.
 - Szczerze mówiąc, szmat czasu minęło, odkąd tak długo przebywałem po zachodzie słońca na zewnątrz i bez snu, a dzisiejsza noc wystarczy, bym poczuł się zmęczony. - powiedziałem przepraszającym tonem.
 - Rozumiem cię całkowicie. - odpowiedziała Ignis, przeciągając się.
 - To może odprowadzę panią do jaskini, a później, jeśli pozwolisz, udam się na spoczynek. Co ty na to?

<Ignis? :D >

wtorek, 21 października 2014

od Reeve'a cd Anuritti

Od Reeve'a cd Anuritti

Przez całą opowieść wpatrywałem się w wilczycę. Na początku przybrała obojętny wyraz pyska i starała się go utrzymać przez całą opowieść, jednak momentami ukazywała w części głęboko skrywane emocje. Zastanowiło mnie, co musiała przeżywać i jak długo z tym walczyła wewnątrz siebie, że teraz mówi o tym z takim dystansem i chłodem. A może nadal walczy?
Gdy zakończyła, spojrzała na mnie. W jej oczach odbijały się tańczące wesoło ogniki, a za nimi przewijała się lawina uczuć i emocji, zapewne wyzwolona pod wpływem wspomnień. Wygasała ona powoli, pozostawiając przyjaźń i ciepło, które już poznałem.
 - Mam nadzieję, że teraz będziesz wiodła spokojniejsze życie. - powiedziałem, naprawdę w to wierząc. - Ludzie nie są najlepszymi towarzyszami dla nas ani innych mieszkańców lasu. - dodałem, wyrażając moje przekonanie.
 - Skąd takie przeświadczenie? - zapytała.
 - Z przeszłości. - odpowiedziałem, jednak chyba rozbudziłem w niej ciekawość.
 - Coś więcej? A może opowiesz mi coś o sobie?
Nie dałem się długo prosić. Mówiłem, co jakiś czas przenosząc wzrok z ogniska na wilczycę i odwrotnie.
 - Urodziłem się w watasze na północy. Byłem jedynym synem naczelnego i jednocześnie najlepszego łowcy w watasze. Ojciec chciał, bym poszedł w jego ślady, więc od małego uczył mnie, jak zaczajać się na ofiarę, jak znajdywać najsłabsze punkty i tym podobne rzeczy. Szczerze mówiąc, nigdy mnie to nie interesowało, ale z szacunku przyjmowałem nauki. Zawsze wspierała mnie w tym matka. To właśnie ona nauczyła mnie dobrego zachowania i szacunku dla wilczyc.
W końcu dorosłem, a mój ojciec zmienił plany co do mnie. Alfą watahy był wtedy dobry, ale starszy już wilk, który miał córkę mniej więcej w moim wieku. Oboje postanowili nas zeswatać. Jednak my podczas pierwszego spaceru stwierdziliśmy, że nie pasujemy do siebie. Co tu dużo mówić, ona kochała innego, a ja nie kochałem jej. W zgodzie wróciliśmy i postanowiliśmy powiedzieć o wszystkim rodzicom. Moi nie przyjęli tego najlepiej. Doszło między mną a ojcem do ostrej wymiany zdań. Wtedy... - ucichłem na chwilę, zastanawiając się, jak ująć ten najgorszy aspekt. Postanowiłem, że go pominę. Nikt jeszcze o tym nie wiedział i lepiej, żeby tak zostało. - Wtedy odszedłem. Opuściłem watahę, w której się urodziłem. Jednak po kilku dniach sumienie mnie ruszyło. Postanowiłem wrócić. A wtedy na miejscu zastałem istny chaos. Wszędzie znajdowały się ślady łap, krwi i ludzkich stóp. Leżało tam kilka ciał wilków, które znałem, oraz ciała psów. Wtedy odszedłem na dobre.
Wędrowałem prawie rok, czasem sam, czasem z wilkami, które spontanicznie poznałem, aż w końcu trafiłem tu.
Spojrzałem na Anuritti. Wpatrywała się w jakiś punkt obok mnie, przygryzając lekko dolną wargę. Podniosłem zad.
 - Może już pójdę. Późno się zrobiło. - posłałem jej uśmiech. - Dobrej nocy życzę. - ruszyłem w stronę wyjścia.

<An? Co zrobisz? ;p>

od Ignis cd An

An uśmiechnęła się i opuściłą jaskinię. Spojrzałam na pozostałe wilki.
- Ja chyba też już pójdę – powiedział Ronan.
- I ja – dorzucił Korton.
Pożegnaliśmy się więc i obaj wyszli do swoich jaskiń.
- Ty się nie wybierasz do siebie? - zapytałam Reeve'a.
- A co? Wyganiasz mnie? - odpowiedział udawanie obrażonym tonem.
- Ależ skąd! - zaprzeczyłam ze śmiechem – Ostatecznie możesz zostać, jeśli tak bardzo chcesz.
- Dziękuję ci, jaśnie właścicielko tejże jaskini! A tak na poważnie, może się przejdziemy? - zaproponował.
Zgodziłam się. Wyszliśmy z jaskini. Dawno już zapadła noc, do świtu zostało może jakieś pięć godzin. Las szumiał przyjemnie, a od czasu do czasu słychać było pohukiwanie sowy.
- Uwielbiam noc – powiedziałam – Jest wtedy tak... niepowtarzalnie. Zupełnie inaczej niż w dzień. Można wtedy spojrzeć na świat z innej perspektywy i zobaczyć o wiele więcej.
- Mhmmmm – mruknął pod nosem zastanawiając się nad tym co właśnie powiedziałam.
-Hej! Mam pomysł. Ścigamy się aż do jeziora i wodospadu. Zgoda? - nie czekając na odpowiedź puściłam się biegiem między drzewa. Wiatr huczał mi w uszach. Czułam pęd powietrza na sierści. Omijałam drzewa, przeskakiwałam przez zwalone pnie. W pewnym momencie odwróciłam się żeby sprawdzić czy Reeve biegnie za mną. Na początku zaskoczyłam go tym nieoczekiwanym wyzwaniem, ale teraz zaczął nadrabiać stracony czas i zbliżał się do mnie z dużą szybkością. Zaśmiałam się jeszcze raz i wytężyłam wszystkie siły. Teraz byłam tylko pociskiem szarego futra mknącym przez las. Zauważyłam, że drzewa rosną w coraz większych odstępach od siebie. Musiałam się już zbliżać do polany z jeziorem. Usłyszałam za sobą szybki oddech Reeve'a. Był blisko. Skupiłam się na biegu i pokonałam ostatnie kilkanaście metrów jeszcze szybciej. Wpadłąm na polanę i ledwo udałao mi się wyhamować, zanim wpadłam do wody. Biały wilk wyłonił się z lasu tuż za mną.
- Wygr..ałam – sapnęła triumfalnie, z trudem łapiąc oddech.
- To dlatego, że wystartowałaś pierwsza – mruknął pod nosem, a ja uśmiechnęłam się na te słowa.
- W takim razie nagroda należy się nam obojgu – zdecydowałam.
- Jaka nagroda? - zapytał ze zdziwieniem w głosie.
- Nie wiem – odparłam – Uznałam, że coś wymyślisz?


<Reeve?>

poniedziałek, 20 października 2014

od Ronan'a cd An

-Dziękuję-odpowiedziałem dziwnie miękko.
Była zaskoczona tym brzmieniem w moim głosie. Wyczuwałem to, taki szósty zmysł.
-Lubię barwne opisy i ciekawe historie.-wyjaśniłem.
-W takim razie, służę pomocą-w jej głosie wyczułem uśmiech.
Przeciągnąłem łapą po wilgotnym piasku, tworząc smugi, które znikały natychmiastowo. Zafascynowany delikatnym dotykiem wody i chłodem piasku pod skórą zapomniałem o całym świecie. Zapomniałem o tym, że ona ciągle tam jest. Zapomniałem o tym, że czas mija powoli, ale jednak mija. Doszedłem do siebie po dłuższej chwili.
-Gdzie byłeś?-spytała zniżając głos do szeptu.
-Nie tutaj-odpowiedziałem dostosowując się do sytuacji.
-Umiesz pływać?-zadałem to pytanie trochę szybciej niż zamierzałem.
-Tak.-jej słowa zabrzmiały tak, jakby dla niej było to oczywiste.
-Ja nie. Nigdy nie mogłem się zdobyć na to, by wejść do wody.
Milczała.
-Chcesz spróbować?
Zawahałem się z odpowiedzią. I... Postanowiłem jej zaufać.
-Tak-odparłem szczerze podnosząc się z piasku.
<An?>

od Reeve'a cd Skyli

Oboje milczeliśmy przez chwilę.
 - Współczuję. Naprawdę. - powiedziałem.
 - Nie jest tak źle. - zaprzeczyła, ale widziałem, że zbyt lekko jej z tym nie jest. Mimo wszystko podziwiałem ją za hart ducha.
 - Wiesz, w mojej przeszłości da się znaleźć podobne elementy do twoich. Mojej matce też przydarzył się... nieszczęśliwy wpadek. I również odszedłem przez ojca, tylko między nami nastąpiła wymiana zdań. - trudno mi było mówić o tym. Jeszcze nikt nie poznał całej prawdy, ale jeśli  to poprawi nowej znajomej humor, to warto było choć troszkę powiedzieć, prawda? - Nie będę cię już więcej zamęczać. - posłałem jej uśmiech.
Akurat dotarliśmy do miejca, gdzie zlokalizowane były nasze jaskinie. An siedziała przed swoją, a z nią jeszcze kilka wilków z watahy. Gdy nas zobaczyła podeszła.
 - Cześć. - przywitałem się z Alfą. - Spójrz, na kogo wpadłem na spacerze. - uśmiechnąłem się. - Zostawiam was. Jakby coś, będę kręcił się w okolicy.
Podszedłem do grupki wilków, włączając się do rozmowy.

<Skyla? Co teraz? :)>

od An cd Reeve'a

- W takim razie... - westchnęłam głęboko - opowiem ci może, jak się tu znalazłam?
- Dobrze. - przytaknął i zastygł w bezruchu, oczekując słów z moich ust.
Temat był co najmniej nudny i nieciekawy, ale nic innego do głowy mi nie przychodziło. Spojrzałam tylko na niego i znów wbiłam spojrzenie w migoczące promyki.
- Moja historia nie jest specjalnie pasjonująca. - zaczęłam całkiem bez entuzjazmu - Wędrowałam sobie po świecie, szukając swego miejsca. Takiego, gdzie będę mogła zostać na stałe. Na początku opiekował się mną człowiek, ale szybko się sobie znudziliśmy. Pożegnałam go serdecznie tak jak należało i ruszyłam w samotną wędrówkę. Łaziłam bez celu. Lecz pewnego dnia napotkałam na pewną dolinę. Na pierwszy rzut oka nic specjalnego. Jednak tereny były obszerne i bogate w dobrą zwierzynę, więc postanowiłam, że zostanę na jakiś czas. Spędziłam tam mnóstwo czasu, zanim odkryłam piękno tego miejsca. Wszystko było takie niezwykłe. Wszystko co dobre, nie trwa wiecznie. Pewnego poranka, na ścieżkach wydeptaną przez zwierzynę wyczułam całkiem obcy zapach. Podążałam za nim długie godziny, robiąc przerwy na odpoczynek i posiłek. Zapach był tak intensywny, że nie mogłam się mu oprzeć. I wtedy na mej drodze znów stanął człowiek. Stało się to szybciej, niż zdążyłam zareagować. Już siedziałam w klatce, ciasnej aż do przesady. Blacha wydawała okropne dźwięki, klatka obijała się o coś przy każdej większej nierówności na drodze. Potem pamiętam to białe światło, które mocno mnie oślepiło. Byłam wychudzona, zaniedbana. Nie wiem gdzie byłam, ale było tam kilka innych wilków. Szybko połączyliśmy się w przymierzu i wspieraliśmy się nawzajem. Słyszałam coś o wściekliźnie. Wyłapali nas z lasów, bo mieliśmy urojoną chorobę. Wilki w okropnych warunkach zdychały, jak powystrzelane kaczki. Mnie jedynej udało się przeżyć, gdy pewnej nocy do naszej kwatery wkradł się jakiś człowiek. Schował mnie do jakiejś walizki, a potem wypuścił w las. Ledwo chodziłam, ale z dnia na dzień czułam się lepiej. Błądziłam długo, aż w końcu natrafiłam na te tereny. Żyłam długo w samotności, a potem pojawiłeś się ty i cała reszta wilków. - na zakończenie mojej opowieści westchnęłam głęboko, podnosząc wyczekujący wzrok na samca.

<Reeve?>

od Anuritti cd Ignis

- Świetnie. - ucieszyłam się na myśl nowej członkini naszego skromnego stada - Jest nas tu niewielu, więc zawsze ktoś się przyda.
Wilczyca uśmiechnęła się do mnie w odpowiedzi.
- Może wybierzesz sobie jaskinię? - spytałam, jak zawsze miałam w zwyczaju pytać nowe wilki w stadzie.
- Właściwie to chętnie, prowadź. Przy okazji oprowadzisz mnie po terenach, co ty na to? - zasugerowała wilczyca.
- Nie mam nic przeciwko... - odpowiedziałam szybko i ruszyłyśmy wgłąb lasu.
Podczas krótkiej wycieczce krajoznawczej pokazałam waderze najbliższych kilka miejsc. Odwiedziłyśmy zagajnik, jezioro oraz niedalekie bagna, a na końcu dotarłyśmy na plażę, tuż przed zachodem słońca. Odczekałyśmy chwilę siedząc i gawędząc przy pomarańczowym zachodzie i ruszyłyśmy dalej. Po kilku minutach dotarłyśmy do małego skupiska jaskiń, w którym znajdowała się również moja kwaterka.
- Wybór nie jest zbyt duży, więc decyzja będzie łatwa. - rzuciłam z pobłażliwym uśmiechem na pysku, dając jasno do zrozumienia, że moje jaskinie są dość skromne.
- Nie jest źle. Lepsze takie, niż spanie pod gwiazdami w tak zimne noce. - odpowiedziała z lekkim śmiechem.
- Spanie pod gwiazdami jest całkiem przyjemne...
- Tylko wtedy, gdy jest ciepło. - odparła, zaglądając do kolejnej już jaskini. - wydaje mi się, że ta jest w porządku.
Weszłyśmy do środka, a ja szybko rozpaliłam ognisko. Wnętrze oświetlił miły blask i jama od razu nabrała swego uroku.
- Poczekaj chwilkę. - powiedziałam do samicy i szybko pobiegłam do mojej jaskini. Z dziury wydrążonej poniżej poziomu gruntu wyjęłam cztery króliki, chwytając je w zęby.
Wpadłam do jaskini Ignis i położyłam zwierzaki tuż przy ognisku.
- Może coś zjemy? - spytałam z uśmiechem na pysku i szybko nabiłam króliki na patyki.
Mięsko się opiekało, a my gadałyśmy w najlepsze. Nie zauważyłyśmy, gdy do jaskini weszło trzech samców.
Naprzeciwko nas usiadł Reeve wraz z Kortonem i Ronanem, wyglądali na nieźle rozbawionych.
- Panie urządzają sobie wieczorek zapoznawczy bez nas? - spytał Reeve z wymalowanym zdziwieniem na pysku.
Skarciłam go spojrzeniem, dając mu do zrozumienia, iż Ignis jest tu nowa.
- Na imię mi Reeve. - wilk szybko się zreflektował i podał samicy łapę.
- Ignis... - odpowiedziała cicho z nieśmiałym uśmiechem.
- Korton. - drugi nie chciał być gorszy.
Nastała chwila ciszy.
- To jest Ronan. - wskazałam samicy łapą czarnego wilka siedzącego pośrodku z delikatnym uśmiechem.
- Miło was wszystkich poznać. - powiedziała już śmielej Inka.
Już po jakimś czasie atmosfera nieco się rozluźniła,a króliki upiekły. Przystąpiliśmy do jedzenia, prowadząc coraz bardziej klejące się rozmowy.
Tak upłynął nam miło wieczór, pełen śmiechów i pogawędek.
- Wiecie co? Muszę posprzątać trochę jaskinię, więc pozwolicie, że już pójdę? - powiedziałam w pewnym momencie, uspakajając się po zbiorowym napadzie rechotu.
- Jeśli musisz, to idź. - Reeve wzruszył ramionami, śmiejąc się. - my zostaniemy!
- Dobrze, dobrze... - mruknęłam, uśmiechając się pod nosem - do jutra!
Szybko wstałam ze swego miejsca. Jeszcze raz pomachałam wszystkim na pożegnanie i wyszłam z jaskini.

<Ignis? Zapoznaj się z jakimś panem... ;D >

od Korton'a cd Kai

Wilczyca mnie zaskoczyła. W jednej chwili rozmawialiśmy, a w drugiej rzuciła się w pogoń za jeleniem.
Pokręciłem rozbawiony głową słysząc jej słowa. Chcę się ścigać? Czemu nie? Przydałoby się rozprostować kości po leżakowaniu.
Goniliśmy się tak chwilę, gdy nagle oznajmiła, że musi już iść.
Szkoda- pomyślałem. - trudno odnaleźć kogoś ciekawego w ogromnym lesie.
Tak, więc ruszyłem przed siebie węsząc. Miałem nadzieję spotkać więcej wilków, a najlepiej to Alfę.  Przydałoby się osiąść gdzieś na stałe rezygnując z dalszej wędrówki.
Los zaczął mi sprzyjać, bo nagle zza krzaków wyłoniła się biała wadera o szczupłej i lekkiej budowie. Spojrzała na mnie zaciekawiona swoimi niebieskoszarymi oczami po czym zapytała:
- Co robisz na moim terytorium?
-Szukam watahy.
Ona uśmiechnęła się słysząc moje słowa.
-Jeśli chcesz możesz dołączyć do mojej. Im nas więcej tym będzie ciekawiej.
-Naprawdę? - zapytałem zdziwiony.
-Yhm... jestem Anuritti, ale możesz mi mówić An.
-Korton. Miło mi...
-Pokaże ci wolne jaskinie.
Po czym ruszyłem za nią nie wierząc w to co się dzieje. Nigdy bym nie pomyślał, że nadjedzie chwila, gdy znów połączę się ze stadem.
An prowadziła mnie gęstym listowiem pokazując raz za razem co nowe jaskinie. Bardzo spodobała mi się jedna pod zawaloną skałą. W środku było miękko i wygodnie przez mech, który wyścielał wnętrze. Ściany były mieszanką ziemi i skały dzięki czemu w zimne noce będzie tu ciepło i przytulnie.
-Chyba wybiorę tę. - zwróciłem się do An, a moje kąciki ust podniosły się nieznacznie. To oznaczało tylko jedno wreszcie odnalazłem swój dom.

<An?>

od Anuritti cd Ronan'a

Spojrzałam na samca z wyraźnym podziwem, słysząc słowa, które wypowiedział.
- Nie... - odparłam cicho, starając się, by mój głos brzmiał jak najłagodniej.
- Ciepła woda oprócz tego, że ma delikatnie słodki zapach, w zależności od jej temperatury,  woń jest mniej lub bardziej intensywna. - odpowiedział, uśmiechając się lekko. - natomiast zimna ma lekki metaliczny zapach, lecz trudniej go wyczuć.
- Kto by się spodziewał! - odpowiedziałam, z zaciekawieniem przysłuchując się wszelkim ciekawostkom Ronana.
Pierwszy raz w życiu miałam okazję poznać inny świat - świat słuchu, węchu i dotyku. Wzrok dla samca był całkiem obcym zmysłem.
Zastanawiała mnie tylko jedna rzecz - a mianowicie jak się to stało, iż dziś jest ślepy. Mówił coś o łopacie, ale czułam, że nie ma ochoty rozwijać tego tematu. Przemilczałam tylko chęć zadania wścibskiego pytania.
Sam pewnie powie, gdy przyjdzie na to czas.
- Chcesz może przejść się nad wodospad? - zaproponowałam wesoło.
- Jasne, chętnie poznam tutejsze tereny. - samiec zwrócił uszy w stronę mojego głosu. - w tamtą stronę? - wskazał łapą kierunek na wydeptaną ścieżkę.
- Mhm. - przytaknęłam z niesłyszalną ulgą. Uspokoił mnie fakt, że nie będę musiała pokazywać mu, gdzie iść. By znów nie zrobić jakiegoś głupstwa, jak z tym mięsem.
Po kilku chwilach doszliśmy na miejsce. Na sam widok wodospadu wyłaniającego się zza drzew uśmiechnęłam się. Zeszliśmy z małego obniżenia terenu i wdreptaliśmy na piaszczysty brzeg jeziorka.
Samiec z uśmiechem zamoczył przednie łapy w wodzie i usiadł na mokrym piasku.
- Słyszę szum... opowiedz mi, jak wygląda to miejsce. - zwrócił głowę w moją stronę.
Podniosłam brwi w zaskoczeniu. Jak to jednak dobrze, że nie widzi mojej twarzy.
- Wokół nas rosną drzewa. Przeważnie liściaste, pokryte zielonymi, młodymi listkami. Słonko delikatnie świeci, przebijając się promieniami przez konary. Siedzimy teraz na piaszczystym brzegu jeziorka, do którego ze skał spada wodospad. Prześliczne miejsce...

<Ronan?>

Ps. Przepraszam właścicielkę wilka, że tak długo czekała na opowiadanie :{

niedziela, 19 października 2014

od Kai cd Korton'a

- Uciekłam...
- Dlaczego?-zapytał.
- Bo miałam dość ciągłych bójek, kłótni i tak dalej. A może wiesz jak stąd wyjść?
- A zgubiłaś się?
- Tak.-odparłam śmiechem.
- Chodź, wyprowadzę cię.- roześmiał się Korton.
Pomyślałam czy ma swój teren i postanowiłam go o to zapytać. Ale zrobił to pierwszy.
- Masz swój teren? -spytał.
- Nie.-odparłam.
Szliśmy tak przez chwilę w ciszy. Nagle przed nami wyskoczył jeleń. Zaczęłam go gonić,tak dla zabawy.
-Ej, zaczekaj! -krzyknął za mną Korton biegnąc.
-Zatrzymam się jak mnie dogonisz!-zaśmiałam się.
Gdy Korton mnie zaczynał doganiać zatrzymałam się.
-Muszę już iść.-powiedziałam.
-Ja też.-odparł Korton.
pożegnaliśmy się i każdy poszedł do siebie. Polubiłam Korton'a. Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy.

<Korton? Sorry, że tak długo nie odpisywałam :l>

od Skyli cd Reeve'a

-Hmm... Tak - po tych słowach zboczyliśmy z drogi i ruszyliśmy w stronę Alfy - urodziłam się w małej watasze. Potem, gdy byłam dość dorosła mama stwierdziła, że nadszedł czas nauczyć się polować. Najpierw tropienie szybko poszło, bo niedaleko były nory zająców. Potem wybieranie najsłabszego celu, czyhanie na zwierzynę i skok. Tylko jednego nie zauważyłyśmy - ludzi. Gdy mama chciała pokazać mi jak to ma wyglądać postrzelono ją. Ludzie do niej podbiegli chcieli ja wziąć, ale gdy mnie zobaczyli jeden z nich powiedział "To była matka". Próbował mnie zabrać, ale go ugryzłam i pobiegłam się schować za pień. Zostawili mnie, mamę zabrali. Ze łzami w oczach pobiegłam do taty, który mnie olał sama jak palec ruszyłam w świat. Sama nauczyłam się bronić, walczyć, polować. Znalazłam jaskinię, w której mieszkałam rok brakowało mi towarzystwa i domu. Po raz drugi ruszyłam w świat. Wylądowałam tu. To tyle. Taka jest moja historia.

< Reeve? Nie zanudziłeś się?>

sobota, 18 października 2014

Od Reeve'a cd Skyli

 - Reeve, miło poznać. - posłałem wilczycy uśmiech. Nie przypominam sobie, bym wcześniej ją widział, czuł jej zapach albo słyszał jej głos. Postanowiłem jednak, że ten temat poruszę później. Spojrzałem na ciało rogacza, które już od chwili pozostawało bez tchu. Nieznajoma również to zrobiła.
 - Jedz. - zachęciłem ją, gdy znów spojrzała na mnie.
 - Nie... Razem go upolowaliśmy, więc razem go zjedzmy. - odpowiedziała.
 - Dobrze, ale panie przodem. - skinąłem głową na ofiarę. Skyla zachichotała, ale podeszła i zaczęła posiłek. Chwilę później dołączyłem do niej, zjadając kilka mniejszych kawałków.
***
Gdy z jelenia pozostały tylko kości i gorsze w smaku kawałki ścięgien i mięśni, wraz z wilczycą ruszyliśmy powolnym krokiem lasem.
 - Powiedz mi - zagaiłem - jesteś może gdzieś z tych okolic?
Pokręciła głową.
 - Długo wędrowałam, by tu dotrzeć. Od jakiegoś czasu szukam domu i watahy.
 - To się chyba dobrze składa. - uśmiechnąłem się. - Jestem jednym z członków Watahy Złocistego Lasu, na której terytorium właśnie jesteś. Chodź, zaprowadzę cię do Anuritti, naszej Alfy, a po drodze powiesz mi coś o sobie. Przystajesz na propozycję?

<Skyla, zechcesz odpowiedzieć? :D>

czwartek, 16 października 2014

od Skyli

Od odejścia od starej watahy minął już dobry jeden rok, a ja nadal siedziałam w jaskini, która była moim domem. W końcu stwierdziłam, że dobrze by znaleźć watahę, w której będę mieszkała na stałe. Po przemyśleniach zabrałam potrzebne rzeczy i wyruszyłam na wprawę. Przez rok wałęsałam się bez celu. Przechodziłam przez lasy, rzeki, góry i nic.

***

W końcu dotarłam do jakiegoś lasu. W powietrzu było można wyczuć zapach różnych wilków. Byłam pewna, że jestem na terenie jakiejś watahy. Szłam spokojnie przez las poszukując pożywienia. Po jakimś czasie wytropiłam samotnego rannego jelenia. Szybko dotarłam na miejsce. Ukryłam się w wysokiej trawie czekając na odpowiedni moment. Gdy już się przygotowałam i odepchnęłam się tylnymi nogami oraz skoczyłam na zwierzynę z za krzaka wyskoczył wilk i zderzyliśmy się głowami, a zwierzyna zaczęła uciekać tylko chwile popatrzyliśmy się na siebie i ruszyliśmy za jeleniem. Po chwili dogoniliśmy go i zabiliśmy.
- Cześć jestem Skyla. A ty? – Podeszłam do nieznajomego.

<Ktoś? :) >

Nowa samica!


Skyla, zabójca

od Ignis

Czapa śniegu opadająca z drzewa wyrwała mnie z niespokojnego snu. Z początku nie mogłam sobie przypomnieć gdzie jestem i jak się tam znalazłam.
Stopniowo jednak wracały do mnie okropne wspomnienia wczorajszej nocy.

- Przejdziemy tylko przez tą rzekę i rozejrzymy się za jakimś dogodnym miejscem do spania - rzucił Kor, mój starszy brat, pomagając mi wdrapać się na pień powalonego drzewa.
Wędrowaliśmy cały dzień i moje łapy zaczynały już odmawiać posłuszeństwa, więc zdecydowanie ucieszyła mnie jego decyzja. Odkąd opuściliśmy naszą watahę minęły już dwa miesiące. Przez ten czas ciągle błąkaliśmy się po ogromnych lasach, o tej porze roku przykrytych grubą warstwą śniegu. Nie traciliśmy wiele czasu na odpoczynek, ani nie jedliśmy za wiele, przez co oboje byliśmy skrajnie wyczerpani.
Zeskoczyłam na ziemię z kłody i zobaczyłam rzekę, o której mówił Kor. Nie była bardzo szeroka, najwyżej na kilka metrów. Jej powierzchnia była pokryta grubym lodem, sprawiającym wrażenie, jakby nigdy miał nie stopnieć. Oboje jednak znaliśmy często zdradliwe pułapki natury, więc Kor postanowił sprawdzić, czy lód na pewno jest stabilny. Podszedł kilka kroków i postawił ostrożnie łapę na szarej, w zapadających ciemnościach tafli.
- Jakiś dziwny ten lód - mruknął pod nosem.
- Ale czy gruby? Nie załamie się? - zapytałam ze zniecierpliwieniem. Bardzo chciałam już znaleźć się po drugiej stronie.
- Tak - odpowiedział po chwili wahania - Jestem pewien - dodał po chwili.
Śmiało weszłam w ślad za nim na rzekę. Lód faktycznie był nieco dziwny. Nie był bardzo zimny. Właściwie sprawiał wrażenie cieplejszego nawet od zwykłej, zmarzniętej ziemi. Przyjrzałam mu się uważnie. Zauważyłam, że jego dziwna, szara barwa nie była złudzeniem wywołanym przez nocne cienie.
- Pospiesz się - pogonił mnie Kor - Czym szybciej stąd znikniemy, tym lepiej - powiedział, jakby czytając mi w myślach.
Przytaknęłam i postawiłam kilka niepewnych kroków.
Nagle moje uszy poraził okropny pisk. Przerażona odwróciłam się w stronę skąd dochodził. Ujrzałam bezkształtną masę pędzącą ku nam z niewiarygodną prędkością. Jej przesiąknięte furią, jarzące się ślepia były wpatrzone prosto we mnie. Stanęłam sparaliżowana, niezdolna uczynić ruchu. Czułam, na swoim ciele cuchnący oddech potwora. W tej samej chwili Kor wpadł prosto we mnie, spychając mnie z trasy strasznego monstrum. Siłą uderzenia była na tyle duża, że przeleciałam w powietrzu kilka metrów. Spadłam w krzaki na skraju lasu. Chyba złamałam sobie łapę. Moje żebra rozrywał niewyobrażalny ból. Pojawiły mi się mroczki przed oczami. Miałam ochotę odpłynąć. Zagłębić się w czerń i już nie powrócić. Byle dalej od tego cierpienia! Straciłam przytomność.

Teraz już pamiętałam wszystko. Noc, rzekę, potwora i... Przeszywający ból znowu rozdarł moje żebra i skaleczoną łapę. Więc to nie był tylko koszmarny sen. To się wydarzyło. To było naprawdę.
- Kor! - pisnęłam cichutko, jednak nikt nie odpowiedział.
Zebrałam wszystkie siły i wygrzebałam się z gęstych zarośli.
Od razu mój wzrok padł na szaro-brązowego wilka leżącego kilka metrów od mojej kryjówki. A więc jeszcze się nie obudził. Przykuśtykałam do niego i pociągnęłam go za ucho.
- Wstawaj! - syknęłam cicho, ale on nawet nie drgnął.
Potrząsnęłam nim. Potem jeszcze raz, nieco mniej delikatnie. Nie reagował. Cofnęłam się o kilka kroków i bacznie mu się przyjrzałam. Nie wyglądał najlepiej. Jego tylne łapy były wykręcone pod nienormalnym kątem, na pysku i szyi widniało kilak paskudnie wyglądających zadrapań. Sierść była zlepiona krwią.
- Źle z tobą - mruknęłam do siebie.
Coś mnie jednak zdziwiło. Nawet nie licząc wszystkich tych ran, Kor nie wyglądał tak jak powinien. Coś było nie tak. Nagle dotarło do mnie. On nie oddychał!

Od tych wydarzeń minęły dwa miesiące. Zima już cofała swoje śniegi, aby zrobić miejsce nowej porze roku. Ciężko mi było pozbierać po śmierci ukochanego brata, przyjaciela, obrońcy. Na początku nie potrafiłam sobie poradzić. Nastały dla mnie trudne czasy. Byłam wiecznie głodna i zmarznięta błąkałam się po lasach. Rzadko udawało mi się złapać jakiegoś marnego zająca, czy inne małe zwierzątko. Jednak z czasem nauczyłam się polować. Wynajdywać ledwo dostrzegalne tropy zwierzyny przemieszczającej się sobie tylko znanymi ścieżkami. Nauczyłam się jak sobie radzić w najgorszych warunkach klimatycznych. Gdzie znaleźć kryjówkę w czasie ulewy i kiedy należy się takowej spodziewać. Wykształciłam swoje zmysły tak, aby informowały mnie o najlżejszym dźwięku, woni, ruchu, obecności niebezpieczeństwa. Stałam się też niezwykle szybka i zwinna. Nigdy jednak nie odważyłam się zbliżyć do Dziwnej Rzeki.
Dzisiejszego dnia tropiłam duże stadko saren. Podążałam ich śladem już dłuższy czas, więc liczyłam na obfity posiłek. Gdyby mi się nie udało, mogłabym stracić szanse na jakiekolwiek jedzenie w tym tygodniu. Spróbowałam się skupić na tropieniu. Sarny poruszały się z dużą gracją, zostawiając na wąskiej ścieżce między drzewami nikłe, ledwie dostrzegalne odciski racic. Rozejrzałam się w poszukiwaniu kolejnych znaków ich obecności. Podniosłam głowę i wsłuchałam się w dźwięki dochodzące z ciągnącej się po moich obu stronach puszczy. Do moich uszu dobiegł cichutki odgłos, bez wątpienia wydawany przez jakąś grupę zwierząt. A więc jestem już blisko. Ugięłam łapy i prawie szorując brzuchem po ziemi posuwałam się w wolnym tempie przed siebie, uważając aby nie poczynić najmniejszego hałasu. Po dłuższej chwili zobaczyłam, że drzewa przede mną rozrzedzają się, a za nimi znajduje się polanka. Tak jak przypuszczałam, tam właśnie przebywało stado. Saren było sześć, w tym jedna wyraźnie osłabiona lub chora. Wydawało mi się, że utyka na lewą tylną nogę. To właśnie ją postanowiłam sobie ubrać za cel. Okrążyłam polankę, aby znaleźć się w takim miejscu, że wiatr wiał w moją stronę. W ten sposób żadna z saren nie mogła wyczuć mojej obecności. Nadal znajdowałam się w cieniu rzucanym przez drzewa, niewidoczna dla czujnych oczu strażnika, którego zadanie polegało na ostrzeganiu gromadki przed niebezpieczeństwem. Podkradam się odrobinę bliżej, pilnując się, aby przypadkiem nie nadepnąć jakiejś suchej gałązki. Kiedy znalazłam się w odległości niecałych trzech metrów od upatrzonej, rannej sarny, ugięłam lekko tylne łapy, przygotowując się do skoku. Czułam jak moje mięśnie napinają się, mając za chwilę wybić mnie z ziemi. Poczekałam chwilę aż mój oddech się uspokoi, upewniłam się że ofiara nic nie podejrzewa. Na szczęście dalej była zajęta spokojnym skubaniem trawy, pewna że nic jej nie grozi. W tym momencie wyprostowałam tylne łapy i odbiłam się od gruntu. Już w powietrzu wiedziałam, że skok osiągnie sukces. Zdezorientowana sarna nie zdoła wykonać tak szybkiego uniku, aby umknąć przed moimi pazurami rozszarpującymi jej bok. Wylądowałam na jej grzbiecie i prędka jak błyskawica chwyciłam jej kark w miażdżącym uścisku żelaznych szczęk. Reszta saren, zaalarmowanych przerażonym piskiem zaatakowanej sztuki rzuciła się do ucieczki. Moje kły wbijały się coraz głębiej w szyję zwierzęcia. Czułam, że ciało sarny powoli nieruchomieje. Przegryzłam tętnicę i martwe zwierzę osunęło się na ziemię. Nie żyło. Rozejrzałam się po polance. Trawa wokół mnie była brudna od krwi. Po stadzie nie został nawet ślad. Wszystkie uciekły szukając schronienia w splątanym gąszczu drzew. Uśmiechnęłam się smutno. Naprawdę nie lubiłam zabijać. Ale cóż. Musiałam jakoś przeżyć. Zabrałam się za odrywanie kawałów świeżego, parującego mięsa. Zdążyłam zjeść prawie połowę ofiary, kiedy moją uwagę przyciągnęło jakieś poruszenie w zaroślach po mojej lewej stronie. Nie dając po sobie poznać, że cokolwiek zauważyłam, zmieniłam pozycję tak, by kontem oka móc obserwować tamto miejsce. Po chwili ruch powtórzył się, utwierdzając mnie w przekonaniu, że faktycznie ktoś się tam chowa.
- Wyjdź. I tak cię widzę - powiedziałam stanowczo, bez choćby cienia lęku - Inaczej uznam, że jesteś moim wrogiem i dlatego chowasz się po krzakach.
Zza drzew wynurzyła się biała wilczyca.
- Nie mam złych zamiarów - uprzedziła widząc moje nieco podejrzliwe spojrzenie. - Nazywam się Anuritti.
Czy wróg by mi się przedstawiał? Raczej nie. Postanowiłam zaufać tej wilczycy.
- Miło cię poznać. Ja jestem Ignis.
Chyba wyczuła zmianę mojego nastawienia, bo uśmiechnęła się lekko.
- Co tu robisz? - zapytała.
- Cóż... Właściwie to nie jestem pewna. Szukam swojego miejsca na świecie. Wędruję.
- A może chciałabyś stać się członkinią Watahy Złocistego Lasu?
- Właściwie to... Chętnie! - odpowiedziałam, ciesząc się perspektywą spędzenia czasu z innymi wilkami. Dotąd musiałam się nacieszyć kompanią martwych saren... Bo żywe raczej nie chciały ze mną gadać.

<Anuritti?>

środa, 15 października 2014

od Reeve'a cd Anuritti

Uśmiechnąłem się lekko pod nosem, wchodząc za Anuritti do jej jaskini. Cichy koncert nocnych skrzypków trwał nadal, jednak dla moich uszu był on już ledwie słyszalny, tak jak szum wiatru w lesie. Byłem jednak wdzięczny za zaproszenie, jakim obdarzyła mnie wilczyca.
Usiadłem przy ogniu naprzeciw niej, przymrużając oczy z zadowoleniem. Ogień przyjemnie rozgrzewał, a płomyki w swym spokojnym tańcu sprawiały, że ta chwila wydawała się bardzo urokliwa i wyjątkowa, bardziej, niż mógłbym przypuszczać. Uświadomiłem sobie, że właśnie tego mi brakowało odkąd zacząłem wędrować. Spokojnych chwil z innymi.
 - Opowiedz mi o czymś. - poprosiłem.
 - O czym? - zapytała An.
 - O sobie. O tym miejscu. O watasze. Czymkolwiek, o czym pragniesz. - podniosłem powieki, by na nią spojrzeć i uśmiechnąłem się lekko.

<An? :D>

od Ronan'a cd Anuritti

Na chwilę mnie zatkało. Czyżby chciała się nade mną litować? Przez chwilę miałem ochotę jej odmówić. Ale... Dotarło do mnie, że nie chciałaby mi robić krzywdy tymi słowami.
-To... Ciekawy pomysł. -uśmiechnąłem się ciepło.- Przydasz mi się, nie chcę znowu wpaść gdziekolwiek.
Poczułem, że się uśmiecha. Po skończonym posiłku, chciałem jej coś pokazać.
-Chciałabyś zobaczyć, jak to jest być mną?
-Umm... Tak, to może, może być ciekawe.
Przeszliśmy kawałek dalej. Usiadłem na ziemi.
-Zamknij oczy-poprosiłem.
Chyba to zrobiła.
-A teraz wczuj się. Przestań zwracać uwagi na ciemność. Wsłuchaj się w te wszystkie dźwięki, które cię otaczają. Wytęż węch, postaraj się poczuć wszystko. -mówiłem cichym, rozmarzonym głosem.
-Słyszysz teraz? Tam na drzewie jest wiewiórka.
-S...Słyszę.-usłyszałem zaskoczenie w jej głosie.
-Obok są krzaki malin. Mają ładny, owocowy zapach.-cały czas mówiłem cicho bez podnoszenia głosu.
Pociągnęła nosem starając się wyczuć podany zapach.
-Tak, czuję je!
-Możesz otworzyć oczy. Jak sama poczułaś, mój świat nie jest taki zły. A dla ciebie, to dobry sposób gdy się zgubisz. Można łatwo odnaleźć się w terenie.
Milczała, ja razem z nią. Cisza nie była wroga, bardziej przyjacielska, ciepła.
-Wiedziałaś, że gorąca i zimna woda mają inny zapach?-spytałem po dłuższej chwili.
<An? =3>

wtorek, 14 października 2014

od Anuritti cd Ronan'a

Słowa które dotarły do moich uszu poraziły mnie niczym grom z jasnego nieba. Po kilku chwilach, gdy moje brwi znalazły się na poziomie uszu, a oczy wyszły z orbit, doszedł do mnie cały sens wypowiedziany w tym zdaniu.
Taką tajemnice kryły jego głębokie, błękitne oczy.
Ale cóż z tego, że piękne, jeśli ślepe.
Spojrzałam na samca skruszonym a zarazem współczującym wzrokiem. Teraz wiedziałam, że on nie widzi mojego uśmiechu, mojej twarzy. Nie widzi drzew, nie widzi nieba, tylko pustkę. Po prostu nie widzi.
- Ja... przepraszam. - powiedziałam cicho, spuszczając lekko głowę. Uświadamiając sobie, jak bardzo dotkliwa może być taka wada, poczułam okropny smutek w sercu.
- Nic się nie stało. Nie wiedziałaś. - Ronan uśmiechnął się smutno - Nikt nie wie. Dopóki mu nie powiem.
- W takim razie naprawdę świetnie sobie radzisz. - starałam się, by mój głos był ciepły. Jeśli nie widzi mojego uśmiechu, niech usłyszy to dobro w głosie.
- Przyzwyczaiłem się. - samiec wzruszył ramionami. - nie miałem innego wyjścia.
Przełknęłam tylko głośno ślinę. Czułam, iż od tego momentu będę traktować go z dystansem. Nawet jeśli będę starała się zachowywać naturalnie, będę cały czas czujna, by nie palnąć jakiegoś głupstwa. Wiedziałam, że samiec chce być traktowany normalnie, a i ja również uważałam, że stanowczo mu się to należy.
- Może... zjemy? - zaproponowałam niemrawo, próbując uciec od tego tematu.
- Bardzo chętnie, trochę zgłodniałem. - odparł weselszym głosem.
Złapałam wcześniej upolowaną łanię i podsunęłam bliżej.  Zawahałam się, zanim chwyciłam samca za łapę by wskazać mu miejsce, gdzie leży posiłek.
- Tutaj. - wymamrotałam i puściłam jego kończynę z uścisku.
- Spokojnie, aż takim kaleką nie jestem. - Ronan roześmiał się, przystawiając nos do zdobyczy - mam dobry węch, więc w kwestii jedzenia nie mam się czym martwić.
- A ... polowanie? - spytałam lekko speszona, połykając pierwszą porcję mięsa, na co mój brzuch ustał w burczeniu.
- Eh, to już gorzej. Ale zawsze napatoczy się jakiś królik. Na króliki umiem polować.  - odpowiedział i zatopił zęby w udźcu łani.
- Jeśli chcesz, mogę ci pomagać. W polowaniach, w codziennych czynnościach. Być takim twoim... przewodnikiem... - zaproponowałam nieśmiało i utkwiłam w nim swój wzrok.

<Ronan? :3 >


Nowa samica!


Ignis, przywódczyni polowań

Od Ronan'a cd Anuritti

Ruszyłem za nią. Byłem głodny, trochę wstrząśnięty i przez to nieuważny. Nim zdążyłem choćby krzyknąć ziemia osunęła mi się pod łapami i wylądowałem jakiejś dziurze. Po szybkim sprawdzeniu już wiedziałem, że bez osoby widzącej, bez przewodnika stąd nie wyjdę. Syknąłem błądząc na ślepo. Kilka razy boleśnie obiłem się o ściany i przez to pył oblepił moje futro. Wokół czułem intensywny zapach ziemi, pomieszany z wonią lasu. Wreszcie postanowiłem przestać czekać. Odbiłem się od ziemi i wyczułem trawę pod pazurami. Rozpaczliwie wczepiłem się w nie próbując wydostać. Spadłem jednak na dół. Ponowiłem próbę i za którymś razem udało mi się.
Zdyszany, zakurzony poszedłem za zapachem poznanej wcześniej wadery.Chyba mnie szukała. Zobaczyła mnie chwilę później. Usłyszałem westchnienie ulgi jak i zdziwienia.
-Co się stało?!
-Wpadłem do dołu.
-Gdzie?
Sprawnie oceniłem odległość.
-Przecież tam jest dziura wielka tak bardzo, że nie mogłeś jej nie zauważyć...
Zwiesiłem łeb zrezygnowany.
-Czas odkryć karty. Jestem ślepy. Nie widzę absolutnie nic, nawet zmiany między nocą a dniem. Nie mam tego od urodzenia, tylko od uderzenia w głowę. Łopatą.
Usłyszałem jak zachłystuje się powietrzem. Nie dziwiłem się jej.

<An?>

Od Kortona cd Kai

Leżałem wsłuchując się w szum wody. Zastanawiałem się czy w końcu będę mógł normalnie żyć. Te sny... tak odległe czasem, a jednak silniejsze niż rzeczywistość, co dzień zaprzątały mój umysł. Otworzyłem oczy wpatrując się w błękitną toń tak znienawidzoną przez lata. Znów wróciły wspomnienia bolące niczym grot strzały... Nie! Nie myśl o tym!
Pokręciłem głową ruszając w las. Tak, las... zawsze umie uspokoić. Od razu mój nos zaczął wyłapywać ciekawe zapachy. Wdychałem powietrze podenerwowany, gdy wyczułem bliski zapach wilka. Zmierzał tu... to było pewne. Odwróciłem głowę w stronę krzewów wyczekując. Nie minęła chwila, a rozpędzony kształt runął na mnie przygniatając do ziemi. Zerwałem się szybko i stanąłem oko w oko z młodą wilczycą. Jej czarna sierść lśniła w blasku słońca, a piwne oczy lustrowały mnie podejrzliwie.
-Kim jesteś? - zapytała.
-Korton, a ty?
-Kaja... To twój teren?
-Nie. - odparłem zdziwiony. Jeśli już miałem spotkać jakieś wilki to w watasze i na ich terytorium, a tu taka niespodzianka. - Jeśli mogę spytać... co samotna Wadera robi tak daleko od stada?
Zaciekawiony czekałem na jej odpowiedź.

<Kaja?>

Od Anuritti cd Reeve'a

- Nie ma sprawy, to ja dziękuję. - zapewniłam szybko ze śmiechem - że w ogóle się tu pojawiłeś, jako pierwszy.
- Wydaje mi się, że to ja powinienem być tobie bardziej wdzięczny. - stał przy swoim, uśmiechając się zabawnie.
- E tam, gadasz. - machnęłam łapą - nie ma o czym mówić.
- Skoro tak uważasz. - przytaknął z teatralnym westchnieniem. - w takim razie pozwolisz, że udam się teraz na spoczynek?
Podniosłam brwi w zaskoczeniu.
- Żartujesz? - powiedziałam ogłupiałym tonem - przecież jest wcześnie. Tuż po zmroku!
Podniosłam głowę do góry, by utwierdzić się w tych słowach. Nic bardziej mylnego. Pomarańcz nikł już w narastającym granacie, a pierwsze gwiazdy migały nad przeciwnym horyzontem.
- Wieczór uważasz za wczesną porę? - rzekł on, równie zdziwiony.
- Widocznie mamy inne poczucie czasu. - wzruszyłam ramionami.
- Widocznie.
- Może pójdziemy do mnie. Robi się zimno.  - zaproponowałam rezolutnie po chwili ciszy.
- Bardzo chętnie. Ogon mi marznie. - odpowiedział. Ruszyliśmy przed siebie, idąc pomiędzy drzewami i zaroślami. Na dworze zapanowała już całkowita ciemność. Gdyby nie blady księżyc, dawno powpadalibyśmy na pnie i siebie nawzajem.  Gwiazdy wesoło migotały, świerszcze mimo zimnego, wiosennego powietrza urządziły swój monotonny koncert, który codziennie brzmiał tak samo.
Po niecałych trzech minutach zza ciemnych cieni wyłoniła się moja jaskinia, z której biło pomaranczowe światło ogniska.
- Panie przodem. - Revee wdzięcznie stanął przed wejściem.
- Och, jakiż uprzejmy młodzian. - zachichotałam niczym barokowa panna i dostojnym krokiem weszłam do środka.

<Reeve? XD >

od Kai

Miałam dosyć tego co się dzieje w watasze! Ciągłe sprzeczki, bójki, kłótnie i wrzaski. Uciekłam. Weszłam w głąb gęstego lasu, nie wiedziałam gdzie jestem, ponieważ biegłam prosto przed siebie. W reszcie zorientowałam się gdzie jestem to było moje ulubione miejsce mogłam się tam wyciszyć i uspokoić. Zalazłam tam wilka z innej watahy zaprzyjaźniliśmy się. Okazało się że ma takie same problemy z watahą ja ja. Lecz zginą w walce tak jak moi rodzice. Po śmierci rodziców poszłam do tego samego lasu, w to samo miejsce i o tej samej godzinie. Nagle obok Kai przeleciała strzała. To byli kłusownicy! Kaja zaczęła uciekać najszybciej jak mogła wreszcie uciekła. Pomimo kłótni, bójek, sprzeczek i ciągłych wrzasków Kaja postanowiła wrócić do watahy, ale ciągle szukała nowej watahy.

Nowa samica!


Kaja, morderca

poniedziałek, 13 października 2014

od An cd Ronan'a

- Nie widzę powodu, byś opuścił to miejsce. - odpowiedziałam miękko, przechylając głowę - zostań na ile chcesz.
- Miło słyszeć. - jego głos był nadal zdenerwowany, samiec rozglądał się tylko, czujnie wyłapując każdy najcichszy dźwięk.
- Idę na polowanie, zjadłbyś coś? - spytałam z innej beczki, przyglądając się aksamitnej sierści wilka, która ładnie lśniła w popołudniowym słońcu.
- Chętnie... - przyznał bez najmniejszych skrupułów, lecz dodał niepewnie - tylko... ja nie poluję.
Podniosłam lekko brwi w zdziwieniu, ale postępując zgodnie z moimi kulturalnymi zasadami pominęłam fakt, który mnie nieco zdziwił.
- Żaden problem, ja się tym zajmę. - zapewniłam szybko - a sama przecież nie zjem całego jelenia.
- Macie tu jelenie? - jego głos lekko się ożywił.
- Yhym. To jeszcze jakie tłuste! - machnęłam łapą, a samiec niespokojnie się poruszył.
- Co jest? - uśmiech spełzł mi z pyska.
- Nic, nic... - powiedział pośpiesznie Ronan - coś mi się zdawało...
- Rozumiem, nieważne... - mruknęłam wymijająco, coraz mocniej zadziwiona jego nienaturalnym zachowaniem. Jeszcze raz zmierzyłam go wzrokiem.
Przecież wszystko jest w najzupełniejszej normie. Chyba, że jest coś, czego nie widzę.
- Idziemy? - Ronan zwrócił szybko moją uwagę, patrząc się jakby nieobecnie w krzaki.
- Jasne - przytaknęłam - chodź.
Weszłam w zarośla, a basior szybko dorównał mi kroku.
- Masz jakieś stałe miejsca na polowania? - spytał, uśmiechając się lekko.
- Czy ja wiem? - westchnęłam - Wydaje mi się, że poluję, gdzie popadnie. - zaśmiałam się.
Schyliłam głowę, przykładając nos do mokrej ziemi. Już po kilku krokach wyczułam słaby trop leśnej zwierzyny.
- Tutaj... - powiedziałam cicho i wskoczyłam za duże skupisko paproci. Samiec wszedł za mną i stanął, nastawiając uszy.
Zmrużyłam oczy, dostrzegając sarnę nieopodal, na małej polanie.
- To mamy obiad. - mruknęłam - zostań tutaj. Ja szybko się z nią rozprawię i wracam.
- Jasne. - Samiec żywo kiwnął głową, przysiadając na trawie.
Wyszłam powoli z krzaków i starając się jak najciszej stawiać kroki doszłam do skraju zarośli. Sarna pasła się tuż naprzeciwko, wystarczyło tylko wyskoczyć.
Jednak przy każdym moim wdechu i wydechu zwierzyna nastawiała czujnie uszy, a jej szczęki żujące leniwie trawę zastygały w bezruchu, by nie stwarzać zakłucających nasłuchiwanie dźwięków.
Zmarszczyłam czoło i chcąc nie chcąc, przeskoczyłam kępę krzaków i wylądowałam na zadzie sarny. Ta, szaleńczo zerwała się do biegu, lecz po krótkiej serii wybuchowych wyrzutów racic w powietrze, runęła na ziemię pod moim ciężarem. Wbiłam tylko mocniej pazury w jej mięciutkie ciało, a zęby zatopiłam tam, gdzie głowa łączy się w tułowiem. (Czyt. Szyja). Przytrzymałam chwilę szczęki w uścisku, aż ciało sarny przestało się ruszać. Westchnęłam i z wysiłkiem podniosłam się na proste łapy, nadal trzymając w zębach ofiarę. Z uznaniem popatrzyłam na me dzieło i zaczęłam  ciągnąć z trudem łanię w stronę zarośli. Zwierzynę położyłam tuż za linią krzewów.
- Ronan! - zawołałam donośnie, obracając się wokół. - Ronan, wyłaź, mamy obiad! - krzyknęłam jeszcze raz, ale po chwili ze zdziwieniem stwierdziłam, że samca nie ma w pobliżu.

<Ronan, gdzie jesteś? XD >

niedziela, 12 października 2014

od Korton'a

Szedłem przez gęsty las. Miałem już dosyć tego co się działo na wschodzie. Ciągle zgrzyt maszyn oraz woń straszliwych oparów, które drażniły mój nos. Na dodatek las stale się kurczył przeganiając zwierzynę. Co innego mi pozostało? Więc ruszyłem przed siebie wdychając zapachy rozsiewane przez wiatr. Mmm... pyszne sarny hasające niecały kilometr stąd. Od razu ślina napłynęła mi do pyska, a żołądek dało o sobie znać. Ile to już dni idę bez jedzenia? Pewnie dość długo. Dlatego wabiony zapachem ruszyłem w stronę swojej przyszłej ofiary.
Gdy tylko moim oczom ukazały się piękne i dostojne stado zacząłem obserwować. Mijały minuty, a mój żołądek zaczął oddawać dziwne dźwięki. Westchnąłem w duchu i ruszyłem na młodą sarnę, która w pędzie poślizgnęła się na mokrej trawie. Dzięki czemu skoczyłem, zatapiając kły w jej szyi. Zwierze wprawdzie jeszcze wierzgało, ale ja trzymałem mocno wsłuchując się w coraz słabsze bicie jego serca. Kiedy ofiara bezwładnie runęła, zabrałem się za ucztę po wielu dniach wędrówki;
mięso było soczyste, wręcz boskie. Z uwielbieniem je chłonąłem, aż napełniłem cały żołądek. Po skończonym posiłku zacząłem wsłuchiwać się w otoczenie. Od razu doszedł mnie cichy szum sygnalizujący coś okropnego. Ruszyłem za źródłem dźwięku i po niecałej godzinie moim oczom ukazała się rzeka. Długa, pełna wody...
Powoli podszedłem do brzegu zatapiając w niej wyschnięty język. Kiedy wszystkie potrzeby zostały zaspokojone ułożyłem się pod drzewem z ulgą. Wreszcie mogłem odpocząć...

Nowy samiec!


Korton, tropiący

od Reeve'a cd Anuritti

Spędziłem tu zaledwie ułamek czasu, a już czułem, że jestem w miejscu, które niedługo śmiało będę mógł nazwać domem. Dodatkowo cały las, drzewa i miejsca tu okrywała jakaś niezwykła tajemnica. Jako gadatliwy wilk śmiałem to zauważyć, prawdopodobnie wprowadzając w lekką konsternację Anuritti. Będę w końcu musiał nauczyć się trzymać język za zębami. Ojciec zawsze mi to powtarzał.
Wilczyca oprowadziła mnie po najbliższej okolicy, pokazując jaskinie. To zajrzałem, tam zajrzałem, ale żadnego uroku nie dostrzegłem w żadnej z nich. Dopiero pod koniec znalazłem odpowiednią jaskinię. Wejściem do niej była dziura pod zarośniętym mchem pniem powalonym na skałę. W środku było miło i przytulnie. Pachniało świeżą ziemią. Cudownie. I chyba znajdowała się niedaleko nory An...
 - Chyba wybiorę tą. - posłałem kolejny uśmiech w stronę wilczycy. Lubię się uśmiechać. - Przepraszam za kłopot z poprzednimi.
 - Nic się nie stało. - odpowiedziała, również lekko się uśmiechając. Jej oczy błyszczały jak dwie gwiazdy. Kiwnąłem w jej stronę głową z szacunkiem.
 - Dziękuję. Za przyjęcie mnie tu i za jaskinię. Za wszystko.

<An?>

od Ronan'a

Zatrzymałem się zaalarmowany cichym szelestem. Przez tyle czasu zdążyłem oswoić się ze swoim kalectwem na tyle, by nauczyć się korzystać z reszty zmysłów. Nauczyłem się też, odróżniać dźwięki natury od tych, które nawet nieświadomie tworzyli potencjalni wrogowie. Tak, dla mnie każdy nieznajomy jest nieprzyjacielem. Także zatrzymałem się sztywno na środku polany. Musiało być słonecznie, bo czułem miłe ciepło rozchodzące się po ciele. Wreszcie wyczułem ich. To wadera. Nastroszony oczekiwałem jej przybycia. Uszy położyłem płasko przy czaszce, a ogon nieco podkuliłem. Zauważyła mnie. Czułem ,jakimś szóstym zmysłem czułe jej palący wzrok na swoim ciele.
-Jestem Ronan-odezwałem się cichym głosem przerywając niewygodną ciszę.
-Anuritti- miała miły głos. Ciepły, nieco nieufny ale przyjazny.
-To twój teren?- spytałem, choć byłem pewny odpowiedzi.
-Tak.
Rozluźniłem się.
-Zaraz stąd zniknę.-mruknąłem.
-Nie musisz.
Zaskoczyła mnie.
-Mógłbym... Zostać?-nie dowierzałem własnym uszom.
<Anuritti?>

Nowy samiec!


Ronan, strateg

środa, 8 października 2014

Od Anuritti cd Reeve'a

Uśmiechnęłam się przyjacielsko, przysiadając na ziemi.
-   Ktoś by mi się przydał, jestem tu sama...
-  W takim razie teraz już nie. - samiec skłonił się lekko.
Na samą myśl o tym, iż ktoś będzie mi codziennie towarzyszył przyprawiała mnie o niemałą radość. Swoje w samotności wystarczająco odsiedziałam. Miałam dość tych poranków i wieczorów w całkowitej ciszy, zamyśleniu. Szału można dostać, gdy nie ma się do kogo gęby otworzyć.
- W takim razie wybierzesz sobie jaskinię? - spytałam, przechylając lekko głowę. 
- Na dworze nie zamierzam spać, więc myślę, że to dość dobry pomysł. - uśmiech znów pojawił się na jego pysku - prowadź. 
Wstałam szybko z zimnej ziemi i skierowałam się ponownie wgłąb lasu. Samiec kroczył za mną, obserwując tylko wszystko wokół. 
- Z tym miejscem musi być związana jakaś tajemnica. - oznajmił nagle, a ja obróciłam się w jego stronę lekko zdziwiona.
- Dlaczego tak sądzisz? - odpowiedziałam bez namysłu, zwalniając kroku.
- Tu jest tak... tajemniczo. I niepowtarzalnie. - powiedział, rozglądając się. - te drzewa powalone... porośnięte mchem. Paprocie, złote promienie przebijające się przez zielone liście. Jak w jakiejś bajce. - uśmiechnął się do mnie. 
- Może i tak.. - wzruszyłam ramionami, obrzucając wszystko wokół spojrzeniem. Nigdy nie patrzyłam na ten las jako coś wyjątkowego, nie przyglądałam się mu. Las po prostu był, i już. Moje miejsce zamieszkania, w którym spędzałam całe dnie.
A jednak nie wyczułam tej magii. 
Słowa Reeve'a spowodowały u mnie nagłe uruchomienie mej bujnej wyobraźni. Samiec spojrzał na mnie wyczekującym spojrzeniem.
- Masz rację. - odpowiedziałam jak najbardziej zgodnie z prawdą.
Uśmiechnęłam się i ruszyłam ponownie przed siebie, bowiem chciałam pokazać mu moją jaskinię. Znajdowała się na skraju lasu, w małym zagajniku. W niedalekiej odległości znajdowało się kilka innych, które stały puste. Żywiłam szczerą nadzieję, że samiec zamieszka w jednej z nich. 
Słońce całkowicie już zaszło za horyzont, pozostawiając tylko bladopomarańczowe smugi, które nikły w granacie nadchodzącym z drugiej strony nieba.  
- Ładne tu masz zachody słońca. - Stwierdził Reeve, również przypatrując się z zamyśleniem niebu.
- Wiem. - odparłam po chwili zastanowienia. 
Dopiero teraz, gdy spotkałam inną istotę zaczęłam dostrzegać piękno tego mojego kąta, w którym codziennie rutynowo polowałam, wylegiwałam się. Ale i tak te wszystkie dogodności nie potrafią zastąpić towarzysza w formie innego wilka.
Jak to dobrze w końcu nie być samotnym!
- To tutaj? - samiec wskazał łapą na bezkształtną, podłużną dziurę umieszczoną u podstawy skały.
- Yhym. - kiwnęłam głową i zaglądnęłam do środka.
W tym samym momencie do mojego nosa dotarł zapach spalenizny i dymu z ciemnego wnętrza. Czyżbym nie zgasiła ogniska przed wyjściem? 
Weszłam głebiej, ale kasłając, wyskoczyłam szybko na zewnątrz.
- Co jest? - spytał z nutką niepewności w głosie Reeve. 
- Nic wielkiego, lekkie zadymienie mej jaskini. - machnęłam łapą - chyba przyjdzie nam trochę poczekać. - Nie uzyskując reakcji  z jego strony dodałam szybko - co ty na to, by oglądnąć inne jaskinie? Wybierzesz sobie jakąś.
- Zgoda. - samiec kiwnął głową z obojętnym uśmiechem.
- To niedaleko. - zapewniłam, ruszając.

niedziela, 5 października 2014

od Reeve'a cd Anuritti

Odpowiedziałem niepewnym uśmiechem. Na początku zupełnie nie spodziewałem się wilczycy z takim nastawieniem...
Gdy natykałem się na inne wilki, pierwszą reakcją była obrona - albo terytorium, albo samego siebie. Później musiałem udowadniać, że nie mam złych zamiarów. Wtedy dopiero stosunki między nami stawały się w miarę luźne. A tym razem wadera od razu była nastawiona inaczej... Hm, w każdym razie nie negatywnie.
 - Dziękuję. Twoje również jest piękne i oryginalne. - rozluźniłem się nieco, jednak nadal czujnie obserwowałem jej ruchy. Nic jednak nie zdradzało chęci zaatakowania mnie. Przynajmniej tak mi się zdawało.
 - Wspominałaś jesteś panią tych terenów. Nie przydałby ci się może do czegoś basior? - zapytałem. Uśmiech już nie schodził mi z pyska. - Szczerze mówiąc dawno nie spotkałem tak miłej wadery.

<An, odpowiesz?>

piątek, 3 października 2014

od Anuritti cd Reeve'a

Gdy tylko obcy zapach dotarł  do mojej jaskini, od razu wyglądnęłam na zewnątrz. Podnosząc głowę, zastygłam w namyśle. Iść na spacer, czy nie.
Górę wzięły moje niedotlenione płuca, które przez cały dzień oddychały powietrzem zmieszanym z dymem z ogniska. Podśpiewując cicho, zeszłam z pagórka i skierowałam się do lasu.
Gdy tylko do mojej głowy wdzierały się myśli, że jestem tu prawdopodobnie całkiem sama, ciarki przechodziły mi po plecach. Perspektywa całkiem pustej przestrzeni przerażała mnie na tyle, że szybko wskoczyłam do lasu, podkulając ogon przed mocnym wiatrem.
Złota tarcza słońca powoli chyliła się ku zachodowi, tworząc na niebie niesamowite, różnobarwne łuny. Nabrałam pewności w kroku i powoli ruszyłam w stronę wodopoju, który odkryłam już wczoraj.
Drepcząc po udeptanej przez zwierzynę ścieżką, zadzierałam głowę do góry, obserwując latające nad drzewami ptaki. Nieliczne sylwetki nietoperzy przemykały pomiędzy gałęziami, ale z każdą minutą było ich coraz więcej.
Niebo przybrało mocno pomarańczową barwę, a ja doszłam do źródełka, z którego z cichym szelestem wypływała woda. Poniżej formował się mały wodospadzik, który wpływał do małego jeziorka. Uśmiechnęłam się tylko na ten widok i wyobraziłam sobie kolorowe ryby pluskające w srebrzystej wodzie.
Poszłam dalej, obierając sobie na cel jezioro. Nie wiedziałam dokładnie, czy to daleko, jednak pora była niepóźna, a powietrze wiosenne, ciepłe.
Po kilku krokach wyczułam obcy zapach. Zaniepokojona, przyśpieszyłam tylko. Skąd mogę wiedzieć, co to takiego?
Wyłoniłam się zza krzaków i ujrzałam sylwetkę wilka siedzącego na brzegu. Wpatrywał się w wodę, jednak wyraźnie nasłuchując.
Podeszłam niepewnie, starając się jak najciszej stąpać i tym samym pozostać jak najdłużej niezauważona. Samiec czujnie obrócił głowę i od razu poderwał się ze swego miejsca. Spojrzał na mnie ostrzegawczo, cofając się.
Przystanęłam w miejscu, próbując wymyślić sensowne rozpoczęcie rozmowy.
- Em... - mruknęłam, marszcząc czoło i patrząc na niego pytająco - my się znamy?
- Stanowczo nie. - odparł sucho, ale już z mniejszym zdenerwowaniem.
- Moim obowiązkiem jest ci się przedstawić, gdyż są to moje tereny. Skoro kultura nakazuje, na imię mi Anuritti. - podeszłam ponownie, jednak basior pozostał w miejscu. Patrzył na mnie jak na wariatkę - a tobie jak na imię? - dodałam po chwili wahania.
- Reeve. - odparł z lekkim jakby ogłupieniem, przyglądając się mi badawczo.
- Miło mi. Masz bardzo ładne imię. - przechyliłam lekko głowę w przyjacielskim geście i uśmiechnęłam się niemrawo.

<Reeve?>




poniedziałek, 29 września 2014

od Reeve - "Jak dołączyłem"

Wędrowanie to całkiem przyjemna sprawa. Idziesz, gdzie chcesz, jesz, co chcesz, śpisz, gdzie chcesz. Żyjesz z dnia na dzień, bez zmartwień, bez kłopotów. Inną sprawą jest to, gdy jesteś do tego zmuszony.
Wstałem skoro świt i wyruszyłem znowu, bez żalu opuszczając tereny urzędującej tu watahy. Nie zachowali się wobec mnie zbyt miło. Właściwie chcieli mnie wygnać od razu, ale gdy pokazałem, że mam pokojowe zamiary, wspaniałomyślnie pozwolili zostać do świtu.
Tak więc raz biegłem, raz szedłem w bliżej nieokreślonym sobie kierunku. Gdy słońce znalazło się wysoko, postanowiłem się zatrzymać. Nie byłem głodny, więc polowanie sobie odpuściłem. Usiadłem pod rozłożystym drzewem i przymknąłem oczy. Do moich uszu dotarło wiele dźwięków. Wszechobecne ptaki świergotały wesoło, dzieląc się ze sobą wiadomościami. Wiewiórki skakały z gałęzi na gałąź, a wiatr szeptał historie ze świata w koronach drzew.
Dotarł też do mnie szum, którego nie potrafiłem zidentyfikować. Coś mi mówiło, że kiedyś już go słyszałem, ale nie pamiętałem. Oczywiście postanowiłem to sprawdzić. Spokojnym truchtem podążyłem za dźwiękiem, który z każdym krokiem przybierał na sile.
W końcu, gdy wyłoniłem się zza linii drzew, zobaczyłem jezioro. No tak, przecież fale tak szumią. Uśmiechnąłem się pod nosem. Uwielbiam wodę. Od razu do niej wbiegłem, pozostawiając ślady na mokrym piasku i śmiejąc się jak szczeniak. Chwilę popływałem i ponurkowałem, a później wyszedłem na piach, nadal śmiejąc się pod nosem.
Wtedy poczułem mocniejszy podmuch wiatru. Niósł ze sobą wyraźną woń wilka. Zrzedła mi mina.
Nagle krzewy niedaleko mnie zaszeleszczały, i z całą pewnością nie był to wiatr.

<Anuritti?>

Powitajmy pierwszego członka!

Reeve - medyk

niedziela, 28 września 2014

Witamy ponownie!

Wataha Złocistego Lasu znów aktywna! :)
Pragnę zauważyć, iż zaszła mała zmiana. Mianowicie wataha magicznych wilków zmieniła status na watahę wilków normalnych
Mam nadzieję, że szybko zasilicie nasze stado i będziecie się tu dobrze czuć! :)

Główna administratorka bloga
Samica Alfa Anuritti