Czapa śniegu opadająca z drzewa wyrwała mnie z niespokojnego snu. Z początku nie mogłam sobie przypomnieć gdzie jestem i jak się tam znalazłam.
Stopniowo jednak wracały do mnie okropne wspomnienia wczorajszej nocy.
- Przejdziemy tylko przez tą rzekę i rozejrzymy się za jakimś dogodnym miejscem do spania - rzucił Kor, mój starszy brat, pomagając mi wdrapać się na pień powalonego drzewa.
Wędrowaliśmy cały dzień i moje łapy zaczynały już odmawiać posłuszeństwa, więc zdecydowanie ucieszyła mnie jego decyzja. Odkąd opuściliśmy naszą watahę minęły już dwa miesiące. Przez ten czas ciągle błąkaliśmy się po ogromnych lasach, o tej porze roku przykrytych grubą warstwą śniegu. Nie traciliśmy wiele czasu na odpoczynek, ani nie jedliśmy za wiele, przez co oboje byliśmy skrajnie wyczerpani.
Zeskoczyłam na ziemię z kłody i zobaczyłam rzekę, o której mówił Kor. Nie była bardzo szeroka, najwyżej na kilka metrów. Jej powierzchnia była pokryta grubym lodem, sprawiającym wrażenie, jakby nigdy miał nie stopnieć. Oboje jednak znaliśmy często zdradliwe pułapki natury, więc Kor postanowił sprawdzić, czy lód na pewno jest stabilny. Podszedł kilka kroków i postawił ostrożnie łapę na szarej, w zapadających ciemnościach tafli.
- Jakiś dziwny ten lód - mruknął pod nosem.
- Ale czy gruby? Nie załamie się? - zapytałam ze zniecierpliwieniem. Bardzo chciałam już znaleźć się po drugiej stronie.
- Tak - odpowiedział po chwili wahania - Jestem pewien - dodał po chwili.
Śmiało weszłam w ślad za nim na rzekę. Lód faktycznie był nieco dziwny. Nie był bardzo zimny. Właściwie sprawiał wrażenie cieplejszego nawet od zwykłej, zmarzniętej ziemi. Przyjrzałam mu się uważnie. Zauważyłam, że jego dziwna, szara barwa nie była złudzeniem wywołanym przez nocne cienie.
- Pospiesz się - pogonił mnie Kor - Czym szybciej stąd znikniemy, tym lepiej - powiedział, jakby czytając mi w myślach.
Przytaknęłam i postawiłam kilka niepewnych kroków.
Nagle moje uszy poraził okropny pisk. Przerażona odwróciłam się w stronę skąd dochodził. Ujrzałam bezkształtną masę pędzącą ku nam z niewiarygodną prędkością. Jej przesiąknięte furią, jarzące się ślepia były wpatrzone prosto we mnie. Stanęłam sparaliżowana, niezdolna uczynić ruchu. Czułam, na swoim ciele cuchnący oddech potwora. W tej samej chwili Kor wpadł prosto we mnie, spychając mnie z trasy strasznego monstrum. Siłą uderzenia była na tyle duża, że przeleciałam w powietrzu kilka metrów. Spadłam w krzaki na skraju lasu. Chyba złamałam sobie łapę. Moje żebra rozrywał niewyobrażalny ból. Pojawiły mi się mroczki przed oczami. Miałam ochotę odpłynąć. Zagłębić się w czerń i już nie powrócić. Byle dalej od tego cierpienia! Straciłam przytomność.
Teraz już pamiętałam wszystko. Noc, rzekę, potwora i... Przeszywający ból znowu rozdarł moje żebra i skaleczoną łapę. Więc to nie był tylko koszmarny sen. To się wydarzyło. To było naprawdę.
- Kor! - pisnęłam cichutko, jednak nikt nie odpowiedział.
Zebrałam wszystkie siły i wygrzebałam się z gęstych zarośli.
Od razu mój wzrok padł na szaro-brązowego wilka leżącego kilka metrów od mojej kryjówki. A więc jeszcze się nie obudził. Przykuśtykałam do niego i pociągnęłam go za ucho.
- Wstawaj! - syknęłam cicho, ale on nawet nie drgnął.
Potrząsnęłam nim. Potem jeszcze raz, nieco mniej delikatnie. Nie reagował. Cofnęłam się o kilka kroków i bacznie mu się przyjrzałam. Nie wyglądał najlepiej. Jego tylne łapy były wykręcone pod nienormalnym kątem, na pysku i szyi widniało kilak paskudnie wyglądających zadrapań. Sierść była zlepiona krwią.
- Źle z tobą - mruknęłam do siebie.
Coś mnie jednak zdziwiło. Nawet nie licząc wszystkich tych ran, Kor nie wyglądał tak jak powinien. Coś było nie tak. Nagle dotarło do mnie. On nie oddychał!
Od tych wydarzeń minęły dwa miesiące. Zima już cofała swoje śniegi, aby zrobić miejsce nowej porze roku. Ciężko mi było pozbierać po śmierci ukochanego brata, przyjaciela, obrońcy. Na początku nie potrafiłam sobie poradzić. Nastały dla mnie trudne czasy. Byłam wiecznie głodna i zmarznięta błąkałam się po lasach. Rzadko udawało mi się złapać jakiegoś marnego zająca, czy inne małe zwierzątko. Jednak z czasem nauczyłam się polować. Wynajdywać ledwo dostrzegalne tropy zwierzyny przemieszczającej się sobie tylko znanymi ścieżkami. Nauczyłam się jak sobie radzić w najgorszych warunkach klimatycznych. Gdzie znaleźć kryjówkę w czasie ulewy i kiedy należy się takowej spodziewać. Wykształciłam swoje zmysły tak, aby informowały mnie o najlżejszym dźwięku, woni, ruchu, obecności niebezpieczeństwa. Stałam się też niezwykle szybka i zwinna. Nigdy jednak nie odważyłam się zbliżyć do Dziwnej Rzeki.
Dzisiejszego dnia tropiłam duże stadko saren. Podążałam ich śladem już dłuższy czas, więc liczyłam na obfity posiłek. Gdyby mi się nie udało, mogłabym stracić szanse na jakiekolwiek jedzenie w tym tygodniu. Spróbowałam się skupić na tropieniu. Sarny poruszały się z dużą gracją, zostawiając na wąskiej ścieżce między drzewami nikłe, ledwie dostrzegalne odciski racic. Rozejrzałam się w poszukiwaniu kolejnych znaków ich obecności. Podniosłam głowę i wsłuchałam się w dźwięki dochodzące z ciągnącej się po moich obu stronach puszczy. Do moich uszu dobiegł cichutki odgłos, bez wątpienia wydawany przez jakąś grupę zwierząt. A więc jestem już blisko. Ugięłam łapy i prawie szorując brzuchem po ziemi posuwałam się w wolnym tempie przed siebie, uważając aby nie poczynić najmniejszego hałasu. Po dłuższej chwili zobaczyłam, że drzewa przede mną rozrzedzają się, a za nimi znajduje się polanka. Tak jak przypuszczałam, tam właśnie przebywało stado. Saren było sześć, w tym jedna wyraźnie osłabiona lub chora. Wydawało mi się, że utyka na lewą tylną nogę. To właśnie ją postanowiłam sobie ubrać za cel. Okrążyłam polankę, aby znaleźć się w takim miejscu, że wiatr wiał w moją stronę. W ten sposób żadna z saren nie mogła wyczuć mojej obecności. Nadal znajdowałam się w cieniu rzucanym przez drzewa, niewidoczna dla czujnych oczu strażnika, którego zadanie polegało na ostrzeganiu gromadki przed niebezpieczeństwem. Podkradam się odrobinę bliżej, pilnując się, aby przypadkiem nie nadepnąć jakiejś suchej gałązki. Kiedy znalazłam się w odległości niecałych trzech metrów od upatrzonej, rannej sarny, ugięłam lekko tylne łapy, przygotowując się do skoku. Czułam jak moje mięśnie napinają się, mając za chwilę wybić mnie z ziemi. Poczekałam chwilę aż mój oddech się uspokoi, upewniłam się że ofiara nic nie podejrzewa. Na szczęście dalej była zajęta spokojnym skubaniem trawy, pewna że nic jej nie grozi. W tym momencie wyprostowałam tylne łapy i odbiłam się od gruntu. Już w powietrzu wiedziałam, że skok osiągnie sukces. Zdezorientowana sarna nie zdoła wykonać tak szybkiego uniku, aby umknąć przed moimi pazurami rozszarpującymi jej bok. Wylądowałam na jej grzbiecie i prędka jak błyskawica chwyciłam jej kark w miażdżącym uścisku żelaznych szczęk. Reszta saren, zaalarmowanych przerażonym piskiem zaatakowanej sztuki rzuciła się do ucieczki. Moje kły wbijały się coraz głębiej w szyję zwierzęcia. Czułam, że ciało sarny powoli nieruchomieje. Przegryzłam tętnicę i martwe zwierzę osunęło się na ziemię. Nie żyło. Rozejrzałam się po polance. Trawa wokół mnie była brudna od krwi. Po stadzie nie został nawet ślad. Wszystkie uciekły szukając schronienia w splątanym gąszczu drzew. Uśmiechnęłam się smutno. Naprawdę nie lubiłam zabijać. Ale cóż. Musiałam jakoś przeżyć. Zabrałam się za odrywanie kawałów świeżego, parującego mięsa. Zdążyłam zjeść prawie połowę ofiary, kiedy moją uwagę przyciągnęło jakieś poruszenie w zaroślach po mojej lewej stronie. Nie dając po sobie poznać, że cokolwiek zauważyłam, zmieniłam pozycję tak, by kontem oka móc obserwować tamto miejsce. Po chwili ruch powtórzył się, utwierdzając mnie w przekonaniu, że faktycznie ktoś się tam chowa.
- Wyjdź. I tak cię widzę - powiedziałam stanowczo, bez choćby cienia lęku - Inaczej uznam, że jesteś moim wrogiem i dlatego chowasz się po krzakach.
Zza drzew wynurzyła się biała wilczyca.
- Nie mam złych zamiarów - uprzedziła widząc moje nieco podejrzliwe spojrzenie. - Nazywam się Anuritti.
Czy wróg by mi się przedstawiał? Raczej nie. Postanowiłam zaufać tej wilczycy.
- Miło cię poznać. Ja jestem Ignis.
Chyba wyczuła zmianę mojego nastawienia, bo uśmiechnęła się lekko.
- Co tu robisz? - zapytała.
- Cóż... Właściwie to nie jestem pewna. Szukam swojego miejsca na świecie. Wędruję.
- A może chciałabyś stać się członkinią Watahy Złocistego Lasu?
- Właściwie to... Chętnie! - odpowiedziałam, ciesząc się perspektywą spędzenia czasu z innymi wilkami. Dotąd musiałam się nacieszyć kompanią martwych saren... Bo żywe raczej nie chciały ze mną gadać.
<Anuritti?>